Krótki rozdział, ale dawno nic nie było, więc postanowiłam dodać chociaż taki :)
Po nieprzespanej nocy, myśląc o Ślizgonie, który zaatakował przyjaciół, Molly wstała i zeszła na dół. Gryfoni najnormalniej na świecie wykonywali to co zawsze. Rozmawiali, niektórzy nawet odrabiali lekcje. Rudowłosa dziewczynka, razem z przyjaciółmi - Klarą, Sophie, Sarą, Arturem i Gideonem, wybrała się na śniadanie. Na Wielkiej Sali spotkała tego chłopaka z domu Salazara Slytherina. Widząc, że jej znajomi nie zajmują się teraz nią , podeszłą do niego i dwa razy uderzyła go palcami w ramię. Odwrócił się i powiedział arogancko:
- Czego chcesz, głupia dziewczyno ?
- Chciałam zapytać... - powiedziała nieśmiało.
- Szybciej ! -ze złością pośpieszył ją.
- Chciałam zapytać, czemu jesteś taki... niemiły dla moich przyjaciół ?
- Nie powinno Cię to obchodzić, smarkulo ! - mówiąc to, popchnął ją i upadła na podłogę.
Na szczęście lub nie, zauważyła to profesor McGonagall. Podeszła i zapytała co się stało. Molly próbowała wytłumaczyć, ale nieznajomy dla niej Ślizgon zaczął opowiadać pani profesor całe zdarzenie. Kłamał. Mówił, że się potknęła, a on chciał ją łapać, ale nie zdążył. Nauczycielka transmutacji uwierzyła mu i po jego nieprawdziwej wypowiedzi odeszła, szepcąc ,,Nie taki zły człowiek z tego Goyle'a...''
Molly nie znała tego nazwiska, ale gdy powiedziała o tym Gideonowi, on opowiedział jej, co wie o jego rodzinie i ogólnie o nim. Dziewczynka słuchała go uważnie, a gdy skończył, poszła do Artura. On, dowiedziawszy się o chłopaku, który go ,,zaatakował'', zapragnął pójść do Ślizgona i mu powiedzieć prosto w twarz, co o nim myśli. Molly wiedziała, że to się może źle dla niego skończyć, więc postanowiła go powstrzymać. Była pewna, że tak będzie lepiej...
Następnego ranka usłyszała dziwne odgłosy. Patrząc przymrużonymi oczami w stronę okna, ponieważ stamtąd pochodził ten dźwięk, zobaczyła sowę. Ale to nie była sowa ani Klary, Sary, Sophie czy też Artura. Był to duży puszczyk, a przy jego krótkiej nóżce był przywiązany list. Niepewnie podeszła do okna i odwiązała go. Czytała literę o literze, zdanie po zdaniu, aż w końcu skończyła. Wszystko napisane było bardzo niestarannie, ale dało się rozczytać. List mówił o tym, że gdy Molly podejdzie do Goyle'a jeszcze jeden raz, to może stracić najbliższych.
To nie list od Goyle'a, myślała.
Może jakiś przyjaciel napisał go za niego ?
Zaczęła się zastanawiać, czy nie widziała go z innymi uczniami.. Jednak on był z innego roku i nie widywała go zbyt często. Postanowiła pójść do profesor McGonagall razem z Arturem i Sandrą. Zapukali do jej gabinetu, a ona zaprosiła ich do środka.
Molly wyjaśniła sytuację, a jej przyjaciele cały czas kiwali głowami. Potem pokazała nauczycielce ten list. Czytała go długo, na pewno ze trzy razy, aż w końcu powiedziała:
- Nie mogę tak tego zostawić ! Myślałam, że on tobie pomagał, panno Prewett...
Szybko wyszła ze swojego pokoju i pobiegła do lochów, gdzie miał gabinet opiekun Slytherinu.