Dzień powoli dobiegał końca, a Molly nie zjadła ani śniadania ani obiadu , przez co strasznie burczało jej w brzuchu. Z Arturem pobiegła do dormitorium i weszła do swojej sypialni i złapała za paczuszkę ze słodyczami, którą odpakowała rano. Zeszła schodami i usiadła na kanapie przy Arturze.
- Chcesz ? - zapytała, podsuwając mu paczuszkę ze słodyczami.
- Jasne ! Widzę, że masz tu Fasolki Wszystkich Smaków.. Uwielbiam je ! - powiedział przeszukując słodycze. W końcu wyjął fioletową fasolkę i włożył do buzi.
- Mm... Smak... Kalafiora ! - wybuchnął śmiechem tak samo jak Molly.
- A ja mam... Truskawek! Pycha... - mówiła przeżuwając smakołyk.
Zajadali się słodyczami przez długi czas, aż w końcu przyszła pora na kolację. Byli najedzeni, ale wypadało się zjawić chociaż na chwilę na Wielkiej Sali. Wychodząc z dormitorium zobaczyli Lucy. Nie odezwała się słowem tylko szła dalej. Artur wzruszył ramionami i złapał rudowłosą za rękę.
Po kolacji Molly wyszła razem ze swoim przyjacielem z Wielkiej Sali, ponieważ on słabo się poczuł. Udała się z nim do pielęgniarki, aby coś na to poradziła. Dziewczyna cały czas myślała, że to jej wina. Na szczęście szkolna sanitariuszka zapewniła ją, że jutro chłopiec wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. Ta wiadomość ucieszyła ją, ale i tak miała to na sumieniu. Smutna, poszła do sypialni i usiadła na łóżku, biorąc pufkę do ręki i pogłaskała ją. Siedziała przygnębiona, martwiąc się o Artura. Nie wiadomo kiedy zasnęła...
Na drugi dzień była strasznie zmęczona. W nocy miała koszmary, przez które nie mogła spać. Niewyspana zeszła na dół, gdzie czekał na nią brat. Nie miał wesołej miny, co oznaczało, że coś się stało. Martwiła się, że chodzi o Fabiana, albo rodziców, a może o Artura... Burzę mózgów przerwał ciepły, ale niespokojny głos Gideona.
- Witaj Molly.
- Cześć ! Coś się stało ? Masz taką minę...
- Owszem. Nie wiem jak ci to powiedzieć... - przerwał biorąc oddech. - Na pewno pamiętasz, jak wczoraj Artur został w Skrzydle Szpitalnym, zresztą sama go tam zaprowadziłaś... Okazało się, że zatruł się i pojechał do Szpitala Świętego Munga, ponieważ szkolna pielęgniarka nie umiała tego wyleczyć... Na twarzy wyskoczyły mu jakieś bąble... - po ostatnich słowach, dziewczynka zamarła w bezruchu. Stała patrząc się na brata z niedowierzaniem. Nagle wymamrotała:
- Muszę tam pojechać ! - oznajmiła Gideonowi.
- Ale jak ?! Jak chcesz się tam dostać ? Wiesz w ogóle gdzie to jest ?
Nie odpowiedziała. Wyszła z dormitorium i zaczęła biec, nie patrząc gdzie zmierza. Biegła przed siebie omijając wszystkich uczniów. Każdy patrzył się na nią, ale nie zapytał co się stało. W końcu wpadła na profesor McGonagall.
-Dokąd to, panno Prewett ?
-Em.. Nigdzie.
-Nigdzie powiadasz... To czemu biegłaś ?
-Pani profesor... Dowiedziałam się, że Artur jest Szpitalu Świętego Munga i muszę tam pojechać !
-Młoda damo nie możesz opuścić teraz szkoły. Gdybyś była rodziną pana Weasley'a to może jakieś szanse by się znalazły... Ale w tym przypadku nie może pani.
Przez chwilę milczała, próbując nie patrzeć nauczycielce Transmutacji w oczy. W końcu podziękowała jej i odeszła.
Wbiegła do łazienki dziewcząt. Stała przy lustrze nie wiedząc co robić. Po paru minutach usłyszała kroki. Odwróciła głowę i zobaczyła chudą dziewczynę, z długimi kruczoczarnymi włosami, która trzymała się za zakrwawioną rękę.
- Co ci się stało..
- Mam na imię Sandra..
- Co ci się stało, Sandra?
- Nic. To nic wielkiego...
- Krew ci leci ! Musisz iść do pielęgniarki !
- Nie. Poradzę sobie - odpowiedziała uparta dziewczyna.
- To pozwól, że przyniosę bandaże !
- Jak chcesz...
- To czekaj tu ! Nie odchodź !
- Dobrze, dobrze - westchnęła Sandra.
Molly szybko pobiegła do pani pielęgniarki i poprosiła ją o bandaże. Oczywiście pielęgniarka pytała po co jej, więc ona odpowiedziała, że chce poćwiczyć na lekcje transmutacji. Dostała bandaże i wróciła do dziewczyny. Siedziała teraz oparta o ścianę, nadal trzymając ranę.
- Mam bandaże ! - powiedziała podchodząc do niej.
- Dziękuję, że mi pomagasz, ale wiedz, że nie musisz...
Ignorując Sandrę zaczęła opatrywać ranę. Molly całkiem zapomniała o Arturze i o Szpitalu Świętego Munga. Okazało się, że zraniona dziewczyna straciła dużo krwi. Robiła się coraz słabsza, a rudowłosa nie wiedziała co dalej robić.
- Z jakiego domu jesteś ? - zapytała zorientowana.
- Z... - wyszeptała - Z Hufflepu... Hufflepuffu... - dokończyła i zemdlała. Molly zupełnie straciła nadzieję, ale od razu pobiegła po opiekuna Hufflepuffu i po Gideona.
- Gi... Gideonie - wysapała. - Musisz mi pomóc ! Znalazłam dziewczynę w łazience ! Ona jest ranna i zemdlała ! Nie wiem co mam robić !
- Spokojnie Molly, spokojnie. Zaprowadź mnie do niej...
Za drzwiami czekała pani Sprout i razem poszli do Sandry. Dziewczyna leżała w tym samym miejscu.
- Panno Prewett, dlaczego pani nie poszła po pielęgniarkę ?
- Em... Sandra powiedziała, żebym nie szła...
- No cóż... Dobrze, że przynajmniej rana została zabandażowana.
- Pani Profesor czy ona z tego wyjdzie ? - zapytała rozżalona dziewczynka.
- Och.. Tak. Raczej tak.
- A co tak właściwie to jak ją tu spotkałaś i co ją tak zraniło ? - wtrącił brat.
Molly wszystko im opowiedziała jak się tu znalazła, jak zauważyła Puchonkę, jednak nie wiedziała co ją zraniło. Kiedy Gideon razem z panią Sprout podnieśli ją i kierowali się do Skrzydła Szpitalnego, przypomniało się jej o Arturze. Zapytała się nauczycielki, czy jest jakaś szansa na to, żeby mogła się tam dostać. Jednak nie było pozytywnej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Profesor odpowiedziała, że nie, gdyż nie jest rodziną poszkodowanego. Molly jeszcze bardziej się załamała.
Wróciła z Gideonem do dormitorium i spytała go czy da radę udać się tam za pomocą sieci Fiuu. Brat nie był tym zachwycony, ale pomógł jej. Najpierw poprosili Sarę, żeby zagadała profesor McGonagall, a oni weszli do jej kominka. ,, Do Świętego Munga !'' krzyknęli razem i ledwo zobaczyli gabinet opiekunki ich domu. Teraz tylko zielone światło mieli teraz przed oczami. W końcu, po paru minutach wirowania w ,,przestrzeni'', znaleźli się na pierwszym piętrze szpitala, w którym leżał Artur. Dziewczynka wbiegła z taką prędkością na schody, że Gideon nie mógł jej dogonić. Zaglądała po cichu do każdej sali, aż w końcu go zobaczyła. Leżał sam w pokoju. Otworzyła pośpiesznie drzwi i od razu go przytuliła i chciała pocałować w policzek, jednak nie udało jej się to przez ogromne krosty na twarzy. Wzięła krzesło i usiadła, trzymając swojego śpiącego lubego za rękę. Czując jej dotyk uniósł powieki i spojrzał na nią z uśmiechem.
-Cz- cześć Molly - wyjąkał.
- Och, Arturze tak się martwiłam ! Kto Ci to dał ?
- To nic wielkiego Molly, nic wielkiego.
- Gdyby nie było to wielkie, to byś tu nie leżał !
- A co się działo w szkole dzisiaj ? - zmienił szybko temat.
Opowiedziała mu o Sandrze, a potem Gideon pokazał na zegarek, co miało oznaczać, że muszą już wracać. Molly puściła rękę Artura i wyszła za bratem.
Równie szybko wyszli, jak i weszli. Ponownie znaleźli się w gabinecie profesor Minervy. Szybko wybiegli z pokoju, kiedy usłyszeli kroki, które stawały się coraz głośniejsze. Udali się w stronę Wielkiej Sali i zobaczyli Sarę. Spytała się czy wszystko poszło zgodnie z planem. Koleżanka z sypialni Molly słuchała uważnie, kiedy podszedł do nich Pringle, który był woźnym w Hogwarcie.
- Co wy tu robicie ? Nie powinniście być boisku ?
- Ale... Ach no tak ! Dzisiaj mecz quidditcha ! Gryfoni przeciwko Puchonom !
Molly jako obrońca musiała pojawić się na meczu. Z prędkością światła pobiegła razem z bratem do szatni Gryfonów i ku jej zdziwieniu zastała tam całą drużynę. Okazało się, że mecz przesunięto o pół godziny, ponieważ nie było pełnego składu ani Gryfonów ani Puchonów. Dziewczyna skojarzyła, że Sandra była w drużynie Hufflepuffu. Wyjaśniła drużynie dlaczego jej nie było.
Po wygranym meczu uczniowie Gryffindoru udali się do pokoju wspólnego, aby świętować zwycięstwo. Było to już w godzinach wieczornych, więc Molly poszła się położyć, po strasznie długim dniu pełnym wrażeń...