sobota, 25 maja 2013

BLOG ZAWIESZONY

BLOG ZAWIESZONY

Przykro mi to pisać, ale niestety muszę to zrobić. Zawieszam bloga, ponieważ mam mało czasu na napisanie jakiego kolwiek rozdziału, nie mam weny, rozdział piętnasty leży niedokończony od MARCA, nic. Pustka w mojej głowie + do tego nauka, bo niedługo kończy się rok szkolny, a ja mam do poprawienia oceny... 
PRZEPRASZAM WSZYSTKICH.

niedziela, 17 lutego 2013

Rozdział czternasty

  Krótki rozdział, ale dawno nic nie było, więc postanowiłam dodać chociaż taki :)

      Po nieprzespanej nocy, myśląc o Ślizgonie, który zaatakował przyjaciół, Molly wstała i zeszła na dół. Gryfoni najnormalniej na świecie wykonywali to co zawsze. Rozmawiali, niektórzy nawet odrabiali lekcje. Rudowłosa dziewczynka, razem z przyjaciółmi - Klarą, Sophie, Sarą, Arturem i Gideonem, wybrała się na śniadanie. Na Wielkiej Sali spotkała tego chłopaka z domu Salazara Slytherina. Widząc, że jej znajomi nie zajmują się teraz nią , podeszłą do niego i dwa razy uderzyła go palcami w ramię. Odwrócił się i powiedział arogancko:
- Czego chcesz, głupia dziewczyno ?
- Chciałam zapytać... - powiedziała nieśmiało.
- Szybciej ! -ze złością pośpieszył ją.
- Chciałam zapytać, czemu jesteś taki... niemiły dla moich przyjaciół ?
- Nie powinno Cię to obchodzić, smarkulo ! - mówiąc to, popchnął ją i upadła na podłogę.
Na szczęście lub nie, zauważyła to profesor McGonagall. Podeszła i zapytała co się stało. Molly próbowała wytłumaczyć, ale nieznajomy dla niej Ślizgon zaczął opowiadać pani profesor całe zdarzenie. Kłamał. Mówił, że się potknęła, a on chciał ją łapać, ale nie zdążył. Nauczycielka transmutacji uwierzyła mu i po jego nieprawdziwej wypowiedzi odeszła, szepcąc ,,Nie taki zły człowiek z tego Goyle'a...''
Molly nie znała tego nazwiska, ale gdy powiedziała o tym Gideonowi, on opowiedział jej, co wie o jego rodzinie i ogólnie o nim. Dziewczynka słuchała go uważnie, a gdy skończył, poszła do Artura. On, dowiedziawszy się o chłopaku, który go ,,zaatakował'', zapragnął pójść do Ślizgona i mu powiedzieć prosto w twarz, co o nim myśli.  Molly wiedziała, że to się może źle dla niego skończyć, więc postanowiła go powstrzymać. Była pewna, że tak będzie lepiej...
Następnego ranka usłyszała dziwne odgłosy. Patrząc przymrużonymi oczami w stronę okna, ponieważ stamtąd pochodził ten dźwięk, zobaczyła sowę. Ale to nie była sowa ani Klary, Sary, Sophie czy też Artura. Był to duży puszczyk, a przy jego krótkiej nóżce był przywiązany list. Niepewnie podeszła do okna i odwiązała go. Czytała literę o literze, zdanie po zdaniu, aż w końcu skończyła. Wszystko napisane było bardzo niestarannie, ale dało się rozczytać. List mówił o tym, że gdy Molly podejdzie do Goyle'a jeszcze jeden raz, to może stracić najbliższych.
To nie list od Goyle'a, myślała.
Może jakiś przyjaciel napisał go za niego ?
Zaczęła się zastanawiać, czy nie widziała go z innymi uczniami.. Jednak on był z innego roku i nie widywała go zbyt często. Postanowiła pójść do profesor McGonagall razem z Arturem i Sandrą. Zapukali do jej gabinetu, a ona zaprosiła ich do środka.
Molly wyjaśniła sytuację, a jej przyjaciele cały czas kiwali głowami. Potem pokazała nauczycielce ten list. Czytała go długo, na pewno ze trzy razy, aż w końcu powiedziała:
- Nie mogę tak tego zostawić ! Myślałam, że on tobie pomagał, panno Prewett...
Szybko wyszła ze swojego pokoju i pobiegła do lochów, gdzie miał gabinet opiekun Slytherinu.

niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział trzynasty

     Był 4 stycznia- święta już minęły, więc w Hogwarcie znowu zaczęło robić się tłocznie. Weseli uczniowie wracali z ferii świątecznych, a Molly nadal była przejęta Arturem i Sandrą. Nie chciała latać na miotle, w ogóle myśl o tym, że już będą chodzić na lekcje codziennie, zmartwiała ją jeszcze bardziej. Nie miała najmniejszej ochoty siedzieć w klasach i słuchać nudnych wykładów profesorów. Jednak to nadeszło. W poniedziałek, po świętach już spotkali się w sali od Historii Magii. Nudna lekcja trwała tak długo, że Molly zaczęła pisać liściki z Sarą, Klarą i Sophie. Dziewczyny opowiadały co robiły podczas ferii. Klara nie była w pełni czarownicą. Jej tata był mugolem, ale to wcale nikomu nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, bardzo ciekawiło ich, co robią mugole, jak się zachowują, jak świętują i jak radzą sobie bez czarów. Klara wszystko im tłumaczyła, mówiła, że gdy dostała list jej ojciec był właśnie zadowolony.
- Przepraszam, panno Skinni - nauczyciel zwrócił się do Klary. - Czy może mi pani to wytłumaczyć ? Co pani robi, zamiast słuchać mojego wykładu ? - mówił cały czas profesor, a klasa zaczęła chichotać.
- Zaraz każdy dostanie szlaban  ! Uciszcie się i dajcie mi skończyć wykład ! - zdenerwował się.
Koniec zajęć był strasznie nudny i panowała niemiła atmosfera.
     Inne lekcje nie wzbudzały zainteresowania, bardziej skupiała się na Arturze i Sandrze, którzy leżeli na łóżkach szpitalnych- ona w Skrzydle Szpitalnym, a on w Szpitalu Świętego Munga. Chciała być przy nich w tym samym czasie, jednak mogła pójść tylko do dziewczyny, którą można powiedzieć, że ,,uratowała''. Jeszcze wczoraj zaryzykowała swoją karierą szkolną, ponieważ wybrała się do Świętego Munga bez pozwolenia żadnego z profesorów, a dzisiaj... Nie miała towarzystwa na zajęciach. Na każdej lekcji siedziała z Arturem, a teraz on pewnie jeszcze śpi... Z nudów poszła do Sandry, ale najpierw wzięła ze swojej sypialni paczuszkę słodyczy.
- Cześć Sandra ! - powiedziała podchodząc do jej łóżka.
- Och... To ty... Jak ty się w ogóle nazywasz ? - wychrypiała, lekko uśmiechając się.
- No tak. Nie przedstawiłam się ! Jestem Molly. Molly Prewett z Gryffindoru.
- Nie miałam okazji ci nawet podziękować ! Uratowałaś mnie, a dzięki tobie i pielęgniarce nie ma prawie śladu po tej ranie. Jednak muszę tu leżeć, ponieważ jak pewnie wiesz, straciłam dużo krwi...
- A... Może nie chcesz odpowiedzieć, ale...
- Mów śmiało
- No chodzi o to, że chciałam się zapytać co, a może kto cię tak zranił ?
- Ech. Tak myślałam, że kiedyś o to spytasz. No cóż... Nie widziałam jego twarzy, ale zdążyłam spojrzeć na szatę, był tam herb Slytherinu.
- Coś z tym domem jest nie tak ! Artur, mój ... - zaczerwieniła się. - Mój przyjaciel leży w Szpitalu Świętego Munga, ponieważ jakiś chłopak ze Slytherinu dał mu jakieś ciastko czy coś... - nagle przerwała. - Właśnie ! Mam dla ciebie upominek. Proszę - powiedziała, podając Sandrze słodycze.
- Oj, dziękuję. Nie musiałaś. I tak dużo dla mnie zrobiłaś.
- To przecież nic wielkiego.
Molly spojrzała na zegarek. Zbliżała się pora Obrony przed Czarną Magią.
- Przepraszam, ale ja muszę lecieć na lekcje ! Do zobaczenia - mówiła już w drzwiach, bo prawie była spóźniona. Jednak w ostatniej chwili zdążyła, gdyż skrzydło szpitalne było niedaleko właśnie tej sali, gdzie miały odbyć się te zajęcia.
- Dziś będziemy mówić o... - Molly znów rozkojarzona. Tym razem myśli skupiały się na Ślizgonach.
,,Czy siedzę w jednej sali z kimś kto otruwa i rani uczniów ?'' Strasznie się bała, przez co ręce zaczęły jej drżeć, a nogami zaczęła stukać o podłogę. Nagle dreszcze przeszły po jej ciele. Poczuła, że ktoś na nią patrzy. Rozejrzała się i tylko jedna para oczu była na nią skierowana. Był to Ślizgon. Kiedy profesor się odwrócił rzucił do niej zwiniątko. Była to wiadomość na kartce, a litery dobierały się w takie słowa:

Jeśli nie będziesz ostrożna, będziesz następna...

Postanowiła zachować ten list, aby mieć dowód.
Pierwszą osobą, która go zobaczyła był jej brat, ponieważ jemu ufała bezgranicznie. Opowiedziała mu jak to się stało, że patrzył na nią, że rzucił jej ten liścik...
- To bardzo podejrzane... A zapamiętałaś jego twarz ?
- Myślę, że tak. Wiem na pewno, że był ze Slytherinu.
- No to wiem i ja. A zapomniałem ci powiedzieć najważniejszej rzeczy ! ARTUR WYCHODZI ZE SZPITALA ! - prawie wykrzyczał ostatnie zdanie, mając nadzieję, że jego siostra się troszkę rozchmurzy. Molly zaczęła skakać z radości i przytuliła się do brata. Spytała się o której ma powrócić do Hogwartu. Dowiedziawszy się, spojrzała na zegarek. Dochodziła szesnasta, a Artur miał się pojawić w szkole w pół do siedemnastej. Dziewczynka szybko wybiegła z pokoju i krzątała się po szkole, nie wiedząc, którędy wróci chłopiec. Chodziła w tą i z powrotem, aż minęło te trzydzieści minut. Stała właśnie przy gabinecie dyrektora. Usłyszała głos Artura. Widząc, że wychodzi on sam z pokoju, rozejrzała się dookoła i wiedząc, że nikogo tam nie było rzuciła się Arturowi na szyję i pocałowała go. Jednak ta chwila nie trwała zbyt długo, gdyż zobaczył ich ten Ślizgon. Udawał, że na nich patrzył, ale ona to widziała. Spoglądał na nich co chwila, myśląc, że oni nie zwrócą na to uwagi. Stało się jednak inaczej. Molly już chciała iść i to z nim wyjaśnić, ale Artur ją powstrzymał, łapiąc za rękę.
     Była zdenerwowana. Czemu nie uwolniła się z uścisku i tam nie poszła ? Dlaczego pozwoliła mu odejść i dalej nękać ,,ofiary'' ?
Nie wiedziała co robić. Złościła się na siebie jeszcze bardziej. Nie mogła uwierzyć, że tak zostawiła tą sprawę. Próbowała zapomnieć, ale na próżno. Wszystko jej się plątało w głowie, przez co nie mogła się na niczym skupić. Nie była już taka wesoła. Jej głównym punktem zainteresowania był Ślizgon, który zranił Sandrę. Ślizgon, przez którego Artur wylądował u Świętego Munga...

sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział dwunasty

     Dzień powoli dobiegał końca, a Molly nie zjadła ani śniadania ani obiadu , przez co strasznie burczało jej w brzuchu. Z Arturem pobiegła do dormitorium i weszła do swojej sypialni i złapała za paczuszkę ze słodyczami, którą odpakowała rano. Zeszła schodami i usiadła na kanapie przy Arturze.
- Chcesz ? - zapytała, podsuwając mu paczuszkę ze słodyczami.
- Jasne ! Widzę, że masz tu Fasolki Wszystkich Smaków.. Uwielbiam je ! - powiedział przeszukując słodycze. W końcu wyjął fioletową fasolkę i włożył do buzi.
- Mm... Smak... Kalafiora ! - wybuchnął śmiechem tak samo jak Molly.
- A ja mam... Truskawek! Pycha... - mówiła przeżuwając smakołyk.
Zajadali się słodyczami przez długi czas, aż w końcu przyszła pora na kolację. Byli najedzeni, ale wypadało się zjawić chociaż na chwilę na Wielkiej Sali. Wychodząc z dormitorium zobaczyli Lucy. Nie odezwała się słowem tylko szła dalej. Artur wzruszył ramionami i złapał rudowłosą za rękę.
      Po kolacji Molly wyszła razem ze swoim przyjacielem z Wielkiej Sali, ponieważ on słabo się poczuł. Udała się z nim do pielęgniarki, aby coś na to poradziła. Dziewczyna cały czas myślała, że to jej wina. Na szczęście szkolna sanitariuszka zapewniła ją, że jutro chłopiec wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. Ta wiadomość ucieszyła ją, ale i tak miała to na sumieniu. Smutna, poszła do sypialni i usiadła na łóżku, biorąc pufkę do ręki i pogłaskała ją. Siedziała przygnębiona, martwiąc się o Artura. Nie wiadomo kiedy zasnęła...
     Na drugi dzień była strasznie zmęczona. W nocy miała koszmary, przez które nie mogła spać. Niewyspana zeszła na dół, gdzie czekał na nią brat. Nie miał wesołej miny, co oznaczało, że coś się stało. Martwiła się, że chodzi o Fabiana, albo rodziców, a może o Artura... Burzę mózgów przerwał ciepły, ale niespokojny głos Gideona.
- Witaj Molly.
- Cześć ! Coś się stało ? Masz taką minę...
- Owszem. Nie wiem jak ci to powiedzieć... - przerwał biorąc oddech. - Na pewno pamiętasz, jak wczoraj Artur został w Skrzydle Szpitalnym, zresztą sama go tam zaprowadziłaś... Okazało się, że zatruł się i pojechał do Szpitala Świętego Munga, ponieważ szkolna pielęgniarka nie umiała tego wyleczyć... Na twarzy wyskoczyły mu jakieś bąble... - po ostatnich słowach, dziewczynka zamarła w bezruchu. Stała patrząc się na brata z niedowierzaniem. Nagle wymamrotała:
- Muszę tam pojechać ! - oznajmiła Gideonowi.
- Ale jak ?! Jak chcesz się tam dostać ? Wiesz w ogóle gdzie to jest ?
Nie odpowiedziała. Wyszła z dormitorium i zaczęła biec, nie patrząc gdzie zmierza. Biegła przed siebie omijając wszystkich uczniów. Każdy patrzył się na nią, ale nie zapytał co się stało. W końcu wpadła na profesor McGonagall.
-Dokąd to, panno Prewett ?
-Em.. Nigdzie.
-Nigdzie powiadasz... To czemu biegłaś ?
-Pani profesor... Dowiedziałam się, że Artur jest Szpitalu Świętego Munga i muszę tam pojechać !
-Młoda damo nie możesz opuścić teraz szkoły. Gdybyś była rodziną pana Weasley'a to może jakieś szanse by się znalazły... Ale w tym przypadku nie może pani.
Przez chwilę milczała, próbując nie patrzeć nauczycielce Transmutacji w oczy. W końcu podziękowała jej i odeszła.
     Wbiegła do łazienki dziewcząt. Stała przy lustrze nie wiedząc co robić. Po paru minutach usłyszała kroki. Odwróciła głowę i zobaczyła chudą dziewczynę, z długimi kruczoczarnymi włosami, która trzymała się za zakrwawioną rękę.
- Co ci się stało..
- Mam na imię Sandra..
- Co ci się stało, Sandra?
- Nic. To nic wielkiego...
- Krew ci leci ! Musisz iść do pielęgniarki !
- Nie. Poradzę sobie - odpowiedziała uparta dziewczyna.
- To pozwól, że przyniosę bandaże !
- Jak chcesz...
- To czekaj tu ! Nie odchodź !
- Dobrze, dobrze - westchnęła Sandra.
Molly szybko pobiegła do pani pielęgniarki i poprosiła ją o bandaże. Oczywiście pielęgniarka pytała po co jej, więc ona odpowiedziała, że chce poćwiczyć na lekcje transmutacji. Dostała bandaże i wróciła do dziewczyny. Siedziała teraz oparta o ścianę, nadal trzymając ranę.
- Mam bandaże ! - powiedziała podchodząc do niej.
- Dziękuję, że mi pomagasz, ale wiedz, że nie musisz...
Ignorując Sandrę zaczęła opatrywać ranę. Molly całkiem zapomniała o Arturze i o Szpitalu Świętego Munga. Okazało się, że zraniona dziewczyna straciła dużo krwi. Robiła się coraz słabsza, a rudowłosa nie wiedziała co dalej robić.
- Z jakiego domu jesteś ? - zapytała zorientowana.
- Z... - wyszeptała - Z Hufflepu... Hufflepuffu... - dokończyła i zemdlała. Molly zupełnie straciła nadzieję, ale od razu pobiegła po opiekuna Hufflepuffu i po Gideona.
- Gi... Gideonie - wysapała. - Musisz mi pomóc ! Znalazłam dziewczynę w łazience ! Ona jest ranna i zemdlała ! Nie wiem co mam robić !
- Spokojnie Molly, spokojnie. Zaprowadź mnie do niej...
Za drzwiami czekała pani Sprout i razem poszli do Sandry. Dziewczyna leżała w tym samym miejscu.
- Panno Prewett, dlaczego pani nie poszła po pielęgniarkę ?
- Em... Sandra powiedziała, żebym nie szła...
- No cóż... Dobrze, że przynajmniej rana została zabandażowana.
- Pani Profesor czy ona z tego wyjdzie ? - zapytała rozżalona dziewczynka.
- Och.. Tak. Raczej tak.
- A co tak właściwie to jak ją tu spotkałaś i co ją tak zraniło ? - wtrącił brat.
Molly wszystko im opowiedziała jak się tu znalazła, jak zauważyła Puchonkę, jednak nie wiedziała co ją zraniło. Kiedy Gideon razem z panią Sprout podnieśli ją i kierowali się do Skrzydła Szpitalnego, przypomniało się jej o Arturze. Zapytała się nauczycielki, czy jest jakaś szansa na to, żeby mogła się tam dostać. Jednak nie było pozytywnej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Profesor odpowiedziała, że nie, gdyż nie jest rodziną poszkodowanego. Molly jeszcze bardziej się załamała.
     Wróciła z Gideonem do dormitorium i spytała go czy da radę udać się tam za pomocą sieci Fiuu. Brat nie był tym zachwycony, ale pomógł jej. Najpierw poprosili Sarę, żeby zagadała profesor McGonagall, a oni weszli do jej kominka. ,, Do Świętego Munga !'' krzyknęli razem i ledwo zobaczyli gabinet opiekunki ich domu. Teraz tylko zielone światło mieli teraz przed oczami. W końcu, po paru minutach wirowania w ,,przestrzeni'', znaleźli się na pierwszym piętrze szpitala, w którym leżał Artur. Dziewczynka wbiegła z taką prędkością na schody, że Gideon nie mógł jej dogonić. Zaglądała po cichu do każdej sali, aż w końcu go zobaczyła. Leżał sam w pokoju. Otworzyła pośpiesznie drzwi i od razu go przytuliła i chciała pocałować w policzek, jednak nie udało jej się to przez ogromne krosty na twarzy. Wzięła krzesło i usiadła, trzymając swojego śpiącego lubego za rękę. Czując jej dotyk uniósł powieki i spojrzał na nią z uśmiechem.
-Cz- cześć Molly - wyjąkał.
- Och, Arturze tak się martwiłam ! Kto Ci to dał ?
- To nic wielkiego Molly, nic wielkiego.
- Gdyby nie było to wielkie, to byś tu nie leżał !
- A co się działo w szkole dzisiaj ? - zmienił szybko temat.
Opowiedziała mu o Sandrze, a potem Gideon pokazał na zegarek, co miało oznaczać, że muszą już wracać. Molly puściła rękę Artura i wyszła za bratem.
Równie szybko wyszli, jak i weszli. Ponownie znaleźli się w gabinecie profesor Minervy. Szybko wybiegli z pokoju, kiedy usłyszeli kroki, które stawały się coraz głośniejsze. Udali się w stronę Wielkiej Sali i zobaczyli Sarę. Spytała się czy wszystko poszło zgodnie z planem. Koleżanka z sypialni Molly słuchała uważnie, kiedy podszedł do nich Pringle, który był woźnym w Hogwarcie.
- Co wy tu robicie ? Nie powinniście być boisku ?
- Ale... Ach no tak ! Dzisiaj mecz quidditcha ! Gryfoni przeciwko Puchonom !
Molly jako obrońca musiała pojawić się na meczu. Z prędkością światła pobiegła razem z bratem do szatni Gryfonów i ku jej zdziwieniu zastała tam całą drużynę. Okazało się, że mecz przesunięto o pół godziny, ponieważ nie było pełnego składu ani Gryfonów ani Puchonów. Dziewczyna skojarzyła, że Sandra była w drużynie Hufflepuffu. Wyjaśniła drużynie dlaczego jej nie było.
      Po wygranym meczu uczniowie Gryffindoru udali się do pokoju wspólnego, aby świętować zwycięstwo. Było to już w godzinach wieczornych, więc Molly poszła się położyć, po strasznie długim dniu pełnym wrażeń...

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział jedenasty

  Był 24 grudnia. Większość uczniów wyjechała do swoich rodzin na święta. W pokoju Gryfonów również było mało osób. Z sypialni Molly została tylko Sara. Za oknem prószył gęsto śnieg i można było zobaczyć szron. Wszystko pokrywał biały puch.  Rudowłosa dziewczyna zeszła schodami do dormitorium i zobaczyła tam niewielką grupkę znajomych, Sarę, Gideona i Artura, którzy właśnie wychodzili z innymi, nie zauważając jej. Molly musiała pójść sama na śniadanie, co nie zdarzyło się jej nigdy w Hogwarcie. Powoli drepcząc po pustym korytarzu, wpatrywała się w okna, widząc sowy szybujące w powietrzu. Przyspieszając kroku doszła do Wielkiej Sali i udała się w stronę stołu Gryffindoru.
- Cześć Molly ! - powiedziała Sara machając jej i równocześnie pokazując miejsce dla niej.
- Cześć ! - odpowiedziała.
- Rozpakowałaś prezenty ?
- Jakie prezenty ? Co ? Prezenty ? - zdziwiona pytała przyjaciółkę.
- Halo tu ziemia ! Dziś Wigilia !
- Ach.. No tak ! - krzyknęła wybiegając z sali.
       Wchodząc do pokoju zajrzała pod ogromną choinkę, nie patrząc w ogóle dookoła siebie.
- Proszę, proszę. Ktoś zapomniał rozpakować prezentów...
- Nie zauważyłam cie.. - odpowiedziała bezinteresownie dziewczynie swojego brata, która ostatnio dużo przeskrobała u Molly.
Zostawiając Lucy, wzięła się za prezenty. Pod pięknie udekorowanym drzewkiem leżało mnóstwo upominków. W pudełkach, owinięte w papier, w torebkach z choinkami, bałwanami lub reniferami. Wszystkie podarunki były wielkie. Nie wiedziała, od którego zacząć, gdy nagle ujrzała niewielkie pudełko, które drżało. Złapała za nie i otworzyła wieko. W środku była najprawdziwsza, czerwona pufka. Molly była szczęśliwa. Zawsze marzyła o takim zwierzątku. Nie wiedziała tylko tego, kto dał jej ten prezent. W końcu zobaczyła w pudełku kartkę, na której napisane było ,,Od wielbiciela''. Dziewczyna od razu domyśliła się o kogo chodzi. Wsadziła pufkę na ramie i wzięła się za inne paczki. Były tam słodycze, kartki świąteczne, galeony, książki, ale i tak ją najbardziej cieszyło czerwone stworzonko. Po rozpakowaniu wszystkich upominków, zwróciła się do Lucy:
- Mam do ciebie prośbę...
- Słucham ? - arogancko zapytała.
- Nie zbliżaj się do mojego brata !
- Pff. Bo coś mi zrobisz. Ha ha ha. Śmieszne.
- Dla mnie to nie jest śmieszne. Może ty nie wiesz jak to jest, gdy ktoś z twojej rodziny cierpi, przez osobę, która kiedyś zdawała się być twoją przyjaciółką ! W moim przypadku to Gideon cierpi przez CIEBIE ! - podkreślając ostatnie słowo wyszła z dormitorium, wiedząc, że te słowa mogły zaboleć, ale może w końcu coś zrozumie.
   W połowie drogi na salę wpadł na nią Artur, przez co oboje się wywalili.
- Przepraszam Molly -rzekł wstając z posadzki.
- Nic się nie stało - powiedziała, uśmiechając się .
- To dobrze. Pomogę ci wstać - podał jej rękę.
- Dzięki.
- Widzę, że masz nowe zwierzątko..
- Dziękuję - powiedziała, rzucając mu się na szyję i całując w policzek.
- Ho ho ho. Tylko jak dam ci prezent będziesz mnie całować w policzek ? - parsknął śmiechem zarumieniony chłopak.
- Oczywiście, że nie - przytuliła się do niego jeszcze mocniej.
- Przejdziemy się ?
- Jasne ! Tylko nie na trzecie piętro.
- Spokojnie, spokojnie. Tam nie pójdziemy - zapewniał ją, po czym złapał za rękę i prowadził.
   Błąkali się po pustych korytarzach. Na nikogo się nie napotkali, nikt ich o nic nie wypytywał. Tylko oni sami. We dwoje. Rozmawiali o wszystkim, a zarazem o niczym...

czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział dziesiąty

    Tej nocy Molly wyszła ze swojej sypialni, aby zobaczyć czy Lucy gdzieś pójdzie. Założyła szlafrok i zeszła po cichu na dół. Będąc już na przedostatnim stopniu usłyszała kroki i zaczęła się  powoli cofać. Nie siedziała sama. To był Gideon. Było bardzo ciemno, jednak udało jej się zobaczyć, że Lucy się śmieje, ale jej brat ma związane ręce i zaklejoną buzię. Poczuła, że serce podskoczyło jej do gardła. Z jednej strony chciała iść i uwolnić brata, a z drugiej bała się konsekwencji. Zastanawiała się co tak na prawdę może jej zrobić dziewczyna. Już bez wahania podeszła do nich...
- Co Ty robisz ?! - powiedziała Molly
- Idź stąd ! Nie twój interes !
- Właśnie, że mój ! To mój brat ! Uwolnij go ! - mówiła pełna łez.
- Smarkulo wracaj do łóżka !
- Nie ! - krzyknęła. Zrobiła poważny błąd. Lucy wstała z kanapy i podeszła do niej.
- Powiedziałaś nie ? Ach ! Dziecko co ty sobie myślisz... Idź spać. - warknęła i już chciała ją uderzyć, lecz pohamowała się.
- Jak Gideon mógł się w tobie zakochać ! Nie wiem co on w tobie widział ! Jak mogłaś trafić do Gryffindoru ? - wiedząc, że nie powinna tego mówić, nie mogła się powstrzymać.
Widziała, że Lucy nie mogła dobrać słów. W końcu powiedziała:
- Powtarzam po raz kolejny. IDŹ SPAĆ ! - krzyknęła bardzo głośno, a Molly usłyszała kolejne kroki. Była to Sara. Lucy szybko, jednym machnięciem różdżki rozwiązała Gideona i uśmiechnęła się, udając , że nic się nie stało.
- Co ... tu się - ziewnęła Sara - dzieje ?
- Lucy.. - zaczęła mówić rudowłosa, a dziewczyna, która jeszcze niedawno trzymała jej brata związanego spojrzała na nią.
 - Lucy.. Lucy lunatykowała...
- A Gideon ? - dopytywała koleżanka.
- Gideon. Gideon przyszedł.. ee.. ze mną. - skłamała Molly.
- Przyszłam tu, bo usłyszałam hałas. Ktoś.. - ponownie ziewnęła Sara. - Ktoś krzyczał...
Molly popatrzyła na Lucy z gniewem, a ta tylko wstała i powiedziała ,, To ja pójdę się położyć''.
    Po południu rudowłosa dziewczynka wraz z bratem i Arturem poszła na obiad. Przy stole Gryfonów brakowało jednej osoby. Lucy. Nie chciała nic o niej wspominać Gideonowi więc w ciszy usiadła na ławce.
- Klara.. - szepnęła. - Klara.
- Co ?
- Nie widziałaś Lucy ?
- Nie. Nawet w pokoju wspólnym jej nie było. - to zdanie dało jej dużo do myślenia. ,,Czy uciekła z Hogwartu ? Nie.. nie mogła uciec ! Czy może po prostu zamknęła się w sypialni i nikogo nie wpuszczała i sama nie wychodziła.. '' Miała teraz wyrzuty sumienia. Nie była pewna dlaczego. ,, Chciałam tylko dobrze dla brata.. Nie wiedziałam, że aż tak ją zranię'' wszystko zrzucała na siebie. Jednak wieczorem już starała się o tym nie myśleć i śmiała się z przyjaciółmi w dormitorium opowiadając różne śmieszne historie.
Przygotowywali się do kolejnego wypadu do Hogsmeade. Planowali wspólnie gdzie pójdą, a wszystko zapisywali na pergaminie.
- Może pójdziemy do Zonka ?  -zaproponowała Sophie.
- Tak ! Muszę też kupić sobie trochę słodyczy.. - powiedział Artur.
- Czyli... - zaczął Gideon - Idziemy najpierw do Zonka,a potem do Miodowego Królestwa... Gdzieś jeszcze ?
- Myślę, że nie, a jak czegoś będziemy jeszcze potrzebować to po prostu się tam udamy. - zaproponowała Klara uśmiechając się.
  Cztery dni minęły równie szybko jak śnieg. Rano wyruszali do bajecznie pięknego miasteczka, a szczególnie pięknego zimą.. Biały puch okrywał wszystkie budynki i ulice. Nie było widać chodników i ulic. Tylko wydeptane ścieżki przez czarodziei, którzy dość często tu przychodzili na herbatę do Kawiarni Pani Puddifoot.  Gdy usłyszeli hasło: ,,Możecie się rozejść ! Widzimy się tu punkt trzecia ! '' od razu poszli do Zonka, gdzie kupili kilka łajnobomb i innych rzeczy. Wychodząc ze sklepu zrobiło im się bardzo zimno, więc pośpiesznie udali się na ciepłą czekoladę. Spędzili tam godzinę, po czym wyszli na miejsce zbiórki. Spojrzeli na zegarek. Wskazówki pokazywały godzinę drugą trzydzieści. Mieli pół godziny. Nie tracąc czasu pobiegli po słodycze. Kupili sobie pełne torby smakołyków i zmieszali się z uczniami przy profesor McGonagall. Wracając do zamku śpiewali piosenki razem z nauczycielami, klaskali, tupali, aby się rozgrzać, ponieważ było bardzo zimno. W końcu pozwolili studentom wyczarować ogień za pomocą zaklęcia INCENDIO. Po niecałej godzinie, wchodząc do Hogwartu Molly poszła z Arturem przejść się po szkole. 

środa, 10 października 2012

Rozdział dziewiąty

   Molly szła pustym korytarzem i niecierpliwie się rozglądała. Szukała czegoś. Nagle natknęła się na Artura. Stał odwrócony do niej plecami i nie raczył się odwrócić. Kiedy przeszła do przodu zobaczyła, że jest cały zakrwawiony. Przestraszyła się i nie wiedziała co robić. Pobiegła przed siebie co chwila odwracając głowę do tyłu. Artura już tam nie było. Zaczęła biec wolniej, aż w końcu znalazła się na dziedzińcu. Prawie potknęła się o nagrobek. Na nim widniał napis:
Tu spoczywają Percy i Audrey Prewett'owie.
Nie wiedziała co robić. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy zobaczyła martwe ciało Fabiana przy tym nagrobku. Znów zaczęła uciekać. Wybiegła na błonia, gdzie na ziemi leżały ciała jej bliskich. Lucy, Gideon, Sara, Sophie, Klara, a nawet profesor McGonagall ! Wszyscy byli zakrwawieni. W końcu upadła na ziemię ze zmęczenia. Zobaczyła, że przed nią stoi Artur.
- Molly jak mogłaś to zrobić ! Nie możemy być już razem. - mówił ze złością, a ona wstała.
- Ale ja.. ja nic nie rozumiem !
- Taak.. Ty nic nie rozumiesz. A to ciekawe ! Nie widzisz co zrobiłaś ? To wszystko TWOJA wina. -kontynuował, podkreślając to słowo.
- To zrobiłam ja ? - mówiła z żalem.
- Przecież ci powiedziałem !
- Al.. Ale... Ale to nie ja ! Przysięgam ! - gdy to powiedziała, Artur zaczął oddalać się od niej...
     Promienie słońca obudziły ją. ,,To było straszne !'' powiedziała cicho. ,,Gdyby to wszystko się stało ! Och..'' łza spłynęła jej po policzku i natychmiast poczuła dotyk dłoni. Była to Sophie.
- Molly co się stało ? Czemu płaczesz ?
- Miałam koszmar. - powiedziała łkając. - Śniło mi się, że nie żyłaś ! Że Lucy, Sara, Klara i Gideon też nie żyją ! I moi rodzice z Fabianem..
- Kochana. Zapomnijmy o tym. To był tylko sen. Pamiętaj tylko sen.. -uspokajała ją przyjaciółka. - No, a teraz ogarnij się ! Przemyj twarz, ubierz się i chodź na śniadanie. Ja będę czekała w pokoju wspólnym. - poklepała ją po ramieniu i wyszła z uśmiechem na twarzy.
Jej jednak nie było do śmiechu. Wcale nie mogła się otrząsnąć, ręce jej dygotały i nie mogła powstrzymać łez. ,, Za co ! Czemu śnią mi się takie rzeczy !'' za dużo wszystkiego na raz. Miała ochotę rzucić wszystko i uciec stąd. Jednak wiedziała, że to u jest jej drugi dom. Miała tu swoich przyjaciół, a w rodzinnym miasteczku ani jednej osoby, oprócz braci, z którą mogłaby porozmawiać. Kochała to miejsce, ale jakaś cząstka jej chciała uciec. Nie dała się ponieść emocjom, ubrała się i wyszła do pokoju wspólnego. Gdy tylko zobaczyła ją Sophie, od razu przyjaciółka powiedziała ,, O ! W końcu ! Ile można czekać'' i uśmiechnęła się. Złapały się pod ręce i poszły na śniadanie. Zjadły kanapki, popijając ciepłą herbatą w Wielkiej Sali. Zaraz po śniadaniu odbywała się lekcja Zielarstwa. Udały się do cieplarni i zajęły swoje stałe miejsca przy donicach. Lekcja przebiegła szybko, jak pozostałe zajęcia. Na obiedzie przypomniała sobie, że nie rozmawiała w ogóle z Arturem po obudzeniu. A minęła już połowa dnia !
Zostawiła w progu przyjaciółkę i pobiegła do Artura. Rzuciła mu się na szyję. On ze zdziwioną miną tylko powiedział:
- Cześć Molly - uśmiechając się , gdy to mówił.
- Cześć. - odpowiedziała ze speszoną miną, gdy zobaczyła , że wszyscy się na nich patrzą i powoli puszczała go z ucisku.
Zajęli miejsce przy Sophie i Klarze i wzięli się za jedzenie kurczaka. Po obiedzie, gdy mieli czas wolny,  poszli na boisko, aby zdążyć na trening drużyny Gryfonów. Jednak nie wszyscy tam poszli z całej paczki. Nie było z nimi Lucy..
   Wracając z treningu wszyscy byli szczęśliwi. I ci, którzy siedzieli na trybunach i ci, którzy są w drużynie. Wszyscy oprócz Gideona. Cały czas szedł ze spuszczoną głową i nic nie mówił. Molly niepokoiła się o brata, ale czuła też złość. Była zła na dziewczynę swojego brata. Tak po prostu zostawiła ich przed pierwszym meczem w tym semestrze. Na szczęście wygrali. Jednak z przewagą tylko stu punktów. Zmiatacz, który dostała od Artura spisał się świetnie. Ale nie to ją interesowało. Skupiała się raczej na Lucy. ,,Była taka miła ! Opuściła ważny mecz swojego chłopaka ! To się w głowie nie mieści ! ''. Molly była zła na nią, ale nie mogła na razie nic zrobić, więc podeszła do Gideona.
- Nie martw się ! Pewnie jej coś wypadło ! - mówiła uśmiechając się.
- Ale obiecała mi ! I nie dotrzymała tego słowa...- przerwał, gdy przeszła obok nich bez słowa. Molly już chciała za nią biec, ale Sara spojrzała na nią spod oka i pokręciła głową. Wściekła rudowłosa, od razu po przyjściu do dormitorium odeszła od przyjaciół i podeszła do Lucy.
- Musimy porozmawiać... - powiedziała, gdy nikt z jej przyjaciół nie patrzył.
- Nie mogę teraz.. Uczę się. - odpowiedziała i wyszła z pokoju wspólnego.
- Nie rozumiem, nie rozumiem. - dodała po ciuchu kręcąc głową. Nie wiedziała co robić i bez namysłu poszła za nią.
    Wyszła przed Wielką Salę i zaczęła jej szukać. Na darmo. Przeszukała chyba całą szkołę, lecz po niej ani śladu. Przeszukała wszystkie sale lekcyjne, lochy, wieże, Wielką Salę, ale jej nie spotkała. Pobiegła na błonia i zauważyła w oddali postać, która przyśpieszała kroku idąc w stronę Zakazanego Lasu. Molly również tak zrobiła i zaczęła biec. W końcu jej wzrok znalazł tą postać. Rudowłosa zdziwiła się i zastanawiała się co dziewczyna jej brata tu robi. Nagle zza drzew wyszła inna postać. Była wyższa i była ubrana w luźne szaty. Dziewczynka upewniła się, że nikt jej nie widzi i przyglądała się tej scenie. Przez parę chwil szeptali bardzo cicho.
- Jak Ci idzie ? - szeptała nieznana jej postać .
- Myślę, że dobrze.. Wszystko idzie tak jak planowaliśmy. - to zdanie najbardziej zdziwiło ją.
,,W co ona się pakuje ?!'' tylko tyle pomyślała i uciekła z lasu. Wbiegła do swojej sypialni. Na łóżkach siedziały jej przyjaciółki - Sara, Sophie i Klara. Rozmawiały spokojnie, ale kiedy Molly wbiegła do pokoju cała zdyszana, spojrzały się na nią i zapytały ,,Co się stało ?! '' . Opowiadając to wszystko patrzyły na nią z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi buziami. Widać, że one też nie mogły w to uwierzyć. Gdy skończyła, koleżanki wypytywały ją o szczegóły. Jak już wszystko, ze szczegółami powiedziała, Molly wstała i podeszła do okna. W końcu, związując włosy w luźnego koka powiedziała:
- Trzeba dowiedzieć się o co tu chodzi...