Był 24 grudnia. Większość uczniów wyjechała do swoich rodzin na święta. W pokoju Gryfonów również było mało osób. Z sypialni Molly została tylko Sara. Za oknem prószył gęsto śnieg i można było zobaczyć szron. Wszystko pokrywał biały puch. Rudowłosa dziewczyna zeszła schodami do dormitorium i zobaczyła tam niewielką grupkę znajomych, Sarę, Gideona i Artura, którzy właśnie wychodzili z innymi, nie zauważając jej. Molly musiała pójść sama na śniadanie, co nie zdarzyło się jej nigdy w Hogwarcie. Powoli drepcząc po pustym korytarzu, wpatrywała się w okna, widząc sowy szybujące w powietrzu. Przyspieszając kroku doszła do Wielkiej Sali i udała się w stronę stołu Gryffindoru.
- Cześć Molly ! - powiedziała Sara machając jej i równocześnie pokazując miejsce dla niej.
- Cześć ! - odpowiedziała.
- Rozpakowałaś prezenty ?
- Jakie prezenty ? Co ? Prezenty ? - zdziwiona pytała przyjaciółkę.
- Halo tu ziemia ! Dziś Wigilia !
- Ach.. No tak ! - krzyknęła wybiegając z sali.
Wchodząc do pokoju zajrzała pod ogromną choinkę, nie patrząc w ogóle dookoła siebie.
- Proszę, proszę. Ktoś zapomniał rozpakować prezentów...
- Nie zauważyłam cie.. - odpowiedziała bezinteresownie dziewczynie swojego brata, która ostatnio dużo przeskrobała u Molly.
Zostawiając Lucy, wzięła się za prezenty. Pod pięknie udekorowanym drzewkiem leżało mnóstwo upominków. W pudełkach, owinięte w papier, w torebkach z choinkami, bałwanami lub reniferami. Wszystkie podarunki były wielkie. Nie wiedziała, od którego zacząć, gdy nagle ujrzała niewielkie pudełko, które drżało. Złapała za nie i otworzyła wieko. W środku była najprawdziwsza, czerwona pufka. Molly była szczęśliwa. Zawsze marzyła o takim zwierzątku. Nie wiedziała tylko tego, kto dał jej ten prezent. W końcu zobaczyła w pudełku kartkę, na której napisane było ,,Od wielbiciela''. Dziewczyna od razu domyśliła się o kogo chodzi. Wsadziła pufkę na ramie i wzięła się za inne paczki. Były tam słodycze, kartki świąteczne, galeony, książki, ale i tak ją najbardziej cieszyło czerwone stworzonko. Po rozpakowaniu wszystkich upominków, zwróciła się do Lucy:
- Mam do ciebie prośbę...
- Słucham ? - arogancko zapytała.
- Nie zbliżaj się do mojego brata !
- Pff. Bo coś mi zrobisz. Ha ha ha. Śmieszne.
- Dla mnie to nie jest śmieszne. Może ty nie wiesz jak to jest, gdy ktoś z twojej rodziny cierpi, przez osobę, która kiedyś zdawała się być twoją przyjaciółką ! W moim przypadku to Gideon cierpi przez CIEBIE ! - podkreślając ostatnie słowo wyszła z dormitorium, wiedząc, że te słowa mogły zaboleć, ale może w końcu coś zrozumie.
W połowie drogi na salę wpadł na nią Artur, przez co oboje się wywalili.
- Przepraszam Molly -rzekł wstając z posadzki.
- Nic się nie stało - powiedziała, uśmiechając się .
- To dobrze. Pomogę ci wstać - podał jej rękę.
- Dzięki.
- Widzę, że masz nowe zwierzątko..
- Dziękuję - powiedziała, rzucając mu się na szyję i całując w policzek.
- Ho ho ho. Tylko jak dam ci prezent będziesz mnie całować w policzek ? - parsknął śmiechem zarumieniony chłopak.
- Oczywiście, że nie - przytuliła się do niego jeszcze mocniej.
- Przejdziemy się ?
- Jasne ! Tylko nie na trzecie piętro.
- Spokojnie, spokojnie. Tam nie pójdziemy - zapewniał ją, po czym złapał za rękę i prowadził.
Błąkali się po pustych korytarzach. Na nikogo się nie napotkali, nikt ich o nic nie wypytywał. Tylko oni sami. We dwoje. Rozmawiali o wszystkim, a zarazem o niczym...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz