- Przepraszam, panno Skinni - nauczyciel zwrócił się do Klary. - Czy może mi pani to wytłumaczyć ? Co pani robi, zamiast słuchać mojego wykładu ? - mówił cały czas profesor, a klasa zaczęła chichotać.
- Zaraz każdy dostanie szlaban ! Uciszcie się i dajcie mi skończyć wykład ! - zdenerwował się.
Koniec zajęć był strasznie nudny i panowała niemiła atmosfera.
Inne lekcje nie wzbudzały zainteresowania, bardziej skupiała się na Arturze i Sandrze, którzy leżeli na łóżkach szpitalnych- ona w Skrzydle Szpitalnym, a on w Szpitalu Świętego Munga. Chciała być przy nich w tym samym czasie, jednak mogła pójść tylko do dziewczyny, którą można powiedzieć, że ,,uratowała''. Jeszcze wczoraj zaryzykowała swoją karierą szkolną, ponieważ wybrała się do Świętego Munga bez pozwolenia żadnego z profesorów, a dzisiaj... Nie miała towarzystwa na zajęciach. Na każdej lekcji siedziała z Arturem, a teraz on pewnie jeszcze śpi... Z nudów poszła do Sandry, ale najpierw wzięła ze swojej sypialni paczuszkę słodyczy.
- Cześć Sandra ! - powiedziała podchodząc do jej łóżka.
- Och... To ty... Jak ty się w ogóle nazywasz ? - wychrypiała, lekko uśmiechając się.
- No tak. Nie przedstawiłam się ! Jestem Molly. Molly Prewett z Gryffindoru.
- Nie miałam okazji ci nawet podziękować ! Uratowałaś mnie, a dzięki tobie i pielęgniarce nie ma prawie śladu po tej ranie. Jednak muszę tu leżeć, ponieważ jak pewnie wiesz, straciłam dużo krwi...
- A... Może nie chcesz odpowiedzieć, ale...
- Mów śmiało
- No chodzi o to, że chciałam się zapytać co, a może kto cię tak zranił ?
- Ech. Tak myślałam, że kiedyś o to spytasz. No cóż... Nie widziałam jego twarzy, ale zdążyłam spojrzeć na szatę, był tam herb Slytherinu.
- Coś z tym domem jest nie tak ! Artur, mój ... - zaczerwieniła się. - Mój przyjaciel leży w Szpitalu Świętego Munga, ponieważ jakiś chłopak ze Slytherinu dał mu jakieś ciastko czy coś... - nagle przerwała. - Właśnie ! Mam dla ciebie upominek. Proszę - powiedziała, podając Sandrze słodycze.
- Oj, dziękuję. Nie musiałaś. I tak dużo dla mnie zrobiłaś.
- To przecież nic wielkiego.
Molly spojrzała na zegarek. Zbliżała się pora Obrony przed Czarną Magią.
- Przepraszam, ale ja muszę lecieć na lekcje ! Do zobaczenia - mówiła już w drzwiach, bo prawie była spóźniona. Jednak w ostatniej chwili zdążyła, gdyż skrzydło szpitalne było niedaleko właśnie tej sali, gdzie miały odbyć się te zajęcia.
- Dziś będziemy mówić o... - Molly znów rozkojarzona. Tym razem myśli skupiały się na Ślizgonach.
,,Czy siedzę w jednej sali z kimś kto otruwa i rani uczniów ?'' Strasznie się bała, przez co ręce zaczęły jej drżeć, a nogami zaczęła stukać o podłogę. Nagle dreszcze przeszły po jej ciele. Poczuła, że ktoś na nią patrzy. Rozejrzała się i tylko jedna para oczu była na nią skierowana. Był to Ślizgon. Kiedy profesor się odwrócił rzucił do niej zwiniątko. Była to wiadomość na kartce, a litery dobierały się w takie słowa:
Jeśli nie będziesz ostrożna, będziesz następna...
Postanowiła zachować ten list, aby mieć dowód.
Pierwszą osobą, która go zobaczyła był jej brat, ponieważ jemu ufała bezgranicznie. Opowiedziała mu jak to się stało, że patrzył na nią, że rzucił jej ten liścik...
- To bardzo podejrzane... A zapamiętałaś jego twarz ?
- Myślę, że tak. Wiem na pewno, że był ze Slytherinu.
- No to wiem i ja. A zapomniałem ci powiedzieć najważniejszej rzeczy ! ARTUR WYCHODZI ZE SZPITALA ! - prawie wykrzyczał ostatnie zdanie, mając nadzieję, że jego siostra się troszkę rozchmurzy. Molly zaczęła skakać z radości i przytuliła się do brata. Spytała się o której ma powrócić do Hogwartu. Dowiedziawszy się, spojrzała na zegarek. Dochodziła szesnasta, a Artur miał się pojawić w szkole w pół do siedemnastej. Dziewczynka szybko wybiegła z pokoju i krzątała się po szkole, nie wiedząc, którędy wróci chłopiec. Chodziła w tą i z powrotem, aż minęło te trzydzieści minut. Stała właśnie przy gabinecie dyrektora. Usłyszała głos Artura. Widząc, że wychodzi on sam z pokoju, rozejrzała się dookoła i wiedząc, że nikogo tam nie było rzuciła się Arturowi na szyję i pocałowała go. Jednak ta chwila nie trwała zbyt długo, gdyż zobaczył ich ten Ślizgon. Udawał, że na nich patrzył, ale ona to widziała. Spoglądał na nich co chwila, myśląc, że oni nie zwrócą na to uwagi. Stało się jednak inaczej. Molly już chciała iść i to z nim wyjaśnić, ale Artur ją powstrzymał, łapiąc za rękę.
Była zdenerwowana. Czemu nie uwolniła się z uścisku i tam nie poszła ? Dlaczego pozwoliła mu odejść i dalej nękać ,,ofiary'' ?
Nie wiedziała co robić. Złościła się na siebie jeszcze bardziej. Nie mogła uwierzyć, że tak zostawiła tą sprawę. Próbowała zapomnieć, ale na próżno. Wszystko jej się plątało w głowie, przez co nie mogła się na niczym skupić. Nie była już taka wesoła. Jej głównym punktem zainteresowania był Ślizgon, który zranił Sandrę. Ślizgon, przez którego Artur wylądował u Świętego Munga...
nominuję Cię do Liebster Award, szczegóły na www.bittersweet-spell.bloog.pl :)
OdpowiedzUsuń