niedziela, 30 grudnia 2012

Rozdział trzynasty

     Był 4 stycznia- święta już minęły, więc w Hogwarcie znowu zaczęło robić się tłocznie. Weseli uczniowie wracali z ferii świątecznych, a Molly nadal była przejęta Arturem i Sandrą. Nie chciała latać na miotle, w ogóle myśl o tym, że już będą chodzić na lekcje codziennie, zmartwiała ją jeszcze bardziej. Nie miała najmniejszej ochoty siedzieć w klasach i słuchać nudnych wykładów profesorów. Jednak to nadeszło. W poniedziałek, po świętach już spotkali się w sali od Historii Magii. Nudna lekcja trwała tak długo, że Molly zaczęła pisać liściki z Sarą, Klarą i Sophie. Dziewczyny opowiadały co robiły podczas ferii. Klara nie była w pełni czarownicą. Jej tata był mugolem, ale to wcale nikomu nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, bardzo ciekawiło ich, co robią mugole, jak się zachowują, jak świętują i jak radzą sobie bez czarów. Klara wszystko im tłumaczyła, mówiła, że gdy dostała list jej ojciec był właśnie zadowolony.
- Przepraszam, panno Skinni - nauczyciel zwrócił się do Klary. - Czy może mi pani to wytłumaczyć ? Co pani robi, zamiast słuchać mojego wykładu ? - mówił cały czas profesor, a klasa zaczęła chichotać.
- Zaraz każdy dostanie szlaban  ! Uciszcie się i dajcie mi skończyć wykład ! - zdenerwował się.
Koniec zajęć był strasznie nudny i panowała niemiła atmosfera.
     Inne lekcje nie wzbudzały zainteresowania, bardziej skupiała się na Arturze i Sandrze, którzy leżeli na łóżkach szpitalnych- ona w Skrzydle Szpitalnym, a on w Szpitalu Świętego Munga. Chciała być przy nich w tym samym czasie, jednak mogła pójść tylko do dziewczyny, którą można powiedzieć, że ,,uratowała''. Jeszcze wczoraj zaryzykowała swoją karierą szkolną, ponieważ wybrała się do Świętego Munga bez pozwolenia żadnego z profesorów, a dzisiaj... Nie miała towarzystwa na zajęciach. Na każdej lekcji siedziała z Arturem, a teraz on pewnie jeszcze śpi... Z nudów poszła do Sandry, ale najpierw wzięła ze swojej sypialni paczuszkę słodyczy.
- Cześć Sandra ! - powiedziała podchodząc do jej łóżka.
- Och... To ty... Jak ty się w ogóle nazywasz ? - wychrypiała, lekko uśmiechając się.
- No tak. Nie przedstawiłam się ! Jestem Molly. Molly Prewett z Gryffindoru.
- Nie miałam okazji ci nawet podziękować ! Uratowałaś mnie, a dzięki tobie i pielęgniarce nie ma prawie śladu po tej ranie. Jednak muszę tu leżeć, ponieważ jak pewnie wiesz, straciłam dużo krwi...
- A... Może nie chcesz odpowiedzieć, ale...
- Mów śmiało
- No chodzi o to, że chciałam się zapytać co, a może kto cię tak zranił ?
- Ech. Tak myślałam, że kiedyś o to spytasz. No cóż... Nie widziałam jego twarzy, ale zdążyłam spojrzeć na szatę, był tam herb Slytherinu.
- Coś z tym domem jest nie tak ! Artur, mój ... - zaczerwieniła się. - Mój przyjaciel leży w Szpitalu Świętego Munga, ponieważ jakiś chłopak ze Slytherinu dał mu jakieś ciastko czy coś... - nagle przerwała. - Właśnie ! Mam dla ciebie upominek. Proszę - powiedziała, podając Sandrze słodycze.
- Oj, dziękuję. Nie musiałaś. I tak dużo dla mnie zrobiłaś.
- To przecież nic wielkiego.
Molly spojrzała na zegarek. Zbliżała się pora Obrony przed Czarną Magią.
- Przepraszam, ale ja muszę lecieć na lekcje ! Do zobaczenia - mówiła już w drzwiach, bo prawie była spóźniona. Jednak w ostatniej chwili zdążyła, gdyż skrzydło szpitalne było niedaleko właśnie tej sali, gdzie miały odbyć się te zajęcia.
- Dziś będziemy mówić o... - Molly znów rozkojarzona. Tym razem myśli skupiały się na Ślizgonach.
,,Czy siedzę w jednej sali z kimś kto otruwa i rani uczniów ?'' Strasznie się bała, przez co ręce zaczęły jej drżeć, a nogami zaczęła stukać o podłogę. Nagle dreszcze przeszły po jej ciele. Poczuła, że ktoś na nią patrzy. Rozejrzała się i tylko jedna para oczu była na nią skierowana. Był to Ślizgon. Kiedy profesor się odwrócił rzucił do niej zwiniątko. Była to wiadomość na kartce, a litery dobierały się w takie słowa:

Jeśli nie będziesz ostrożna, będziesz następna...

Postanowiła zachować ten list, aby mieć dowód.
Pierwszą osobą, która go zobaczyła był jej brat, ponieważ jemu ufała bezgranicznie. Opowiedziała mu jak to się stało, że patrzył na nią, że rzucił jej ten liścik...
- To bardzo podejrzane... A zapamiętałaś jego twarz ?
- Myślę, że tak. Wiem na pewno, że był ze Slytherinu.
- No to wiem i ja. A zapomniałem ci powiedzieć najważniejszej rzeczy ! ARTUR WYCHODZI ZE SZPITALA ! - prawie wykrzyczał ostatnie zdanie, mając nadzieję, że jego siostra się troszkę rozchmurzy. Molly zaczęła skakać z radości i przytuliła się do brata. Spytała się o której ma powrócić do Hogwartu. Dowiedziawszy się, spojrzała na zegarek. Dochodziła szesnasta, a Artur miał się pojawić w szkole w pół do siedemnastej. Dziewczynka szybko wybiegła z pokoju i krzątała się po szkole, nie wiedząc, którędy wróci chłopiec. Chodziła w tą i z powrotem, aż minęło te trzydzieści minut. Stała właśnie przy gabinecie dyrektora. Usłyszała głos Artura. Widząc, że wychodzi on sam z pokoju, rozejrzała się dookoła i wiedząc, że nikogo tam nie było rzuciła się Arturowi na szyję i pocałowała go. Jednak ta chwila nie trwała zbyt długo, gdyż zobaczył ich ten Ślizgon. Udawał, że na nich patrzył, ale ona to widziała. Spoglądał na nich co chwila, myśląc, że oni nie zwrócą na to uwagi. Stało się jednak inaczej. Molly już chciała iść i to z nim wyjaśnić, ale Artur ją powstrzymał, łapiąc za rękę.
     Była zdenerwowana. Czemu nie uwolniła się z uścisku i tam nie poszła ? Dlaczego pozwoliła mu odejść i dalej nękać ,,ofiary'' ?
Nie wiedziała co robić. Złościła się na siebie jeszcze bardziej. Nie mogła uwierzyć, że tak zostawiła tą sprawę. Próbowała zapomnieć, ale na próżno. Wszystko jej się plątało w głowie, przez co nie mogła się na niczym skupić. Nie była już taka wesoła. Jej głównym punktem zainteresowania był Ślizgon, który zranił Sandrę. Ślizgon, przez którego Artur wylądował u Świętego Munga...

sobota, 29 grudnia 2012

Rozdział dwunasty

     Dzień powoli dobiegał końca, a Molly nie zjadła ani śniadania ani obiadu , przez co strasznie burczało jej w brzuchu. Z Arturem pobiegła do dormitorium i weszła do swojej sypialni i złapała za paczuszkę ze słodyczami, którą odpakowała rano. Zeszła schodami i usiadła na kanapie przy Arturze.
- Chcesz ? - zapytała, podsuwając mu paczuszkę ze słodyczami.
- Jasne ! Widzę, że masz tu Fasolki Wszystkich Smaków.. Uwielbiam je ! - powiedział przeszukując słodycze. W końcu wyjął fioletową fasolkę i włożył do buzi.
- Mm... Smak... Kalafiora ! - wybuchnął śmiechem tak samo jak Molly.
- A ja mam... Truskawek! Pycha... - mówiła przeżuwając smakołyk.
Zajadali się słodyczami przez długi czas, aż w końcu przyszła pora na kolację. Byli najedzeni, ale wypadało się zjawić chociaż na chwilę na Wielkiej Sali. Wychodząc z dormitorium zobaczyli Lucy. Nie odezwała się słowem tylko szła dalej. Artur wzruszył ramionami i złapał rudowłosą za rękę.
      Po kolacji Molly wyszła razem ze swoim przyjacielem z Wielkiej Sali, ponieważ on słabo się poczuł. Udała się z nim do pielęgniarki, aby coś na to poradziła. Dziewczyna cały czas myślała, że to jej wina. Na szczęście szkolna sanitariuszka zapewniła ją, że jutro chłopiec wyjdzie ze Skrzydła Szpitalnego. Ta wiadomość ucieszyła ją, ale i tak miała to na sumieniu. Smutna, poszła do sypialni i usiadła na łóżku, biorąc pufkę do ręki i pogłaskała ją. Siedziała przygnębiona, martwiąc się o Artura. Nie wiadomo kiedy zasnęła...
     Na drugi dzień była strasznie zmęczona. W nocy miała koszmary, przez które nie mogła spać. Niewyspana zeszła na dół, gdzie czekał na nią brat. Nie miał wesołej miny, co oznaczało, że coś się stało. Martwiła się, że chodzi o Fabiana, albo rodziców, a może o Artura... Burzę mózgów przerwał ciepły, ale niespokojny głos Gideona.
- Witaj Molly.
- Cześć ! Coś się stało ? Masz taką minę...
- Owszem. Nie wiem jak ci to powiedzieć... - przerwał biorąc oddech. - Na pewno pamiętasz, jak wczoraj Artur został w Skrzydle Szpitalnym, zresztą sama go tam zaprowadziłaś... Okazało się, że zatruł się i pojechał do Szpitala Świętego Munga, ponieważ szkolna pielęgniarka nie umiała tego wyleczyć... Na twarzy wyskoczyły mu jakieś bąble... - po ostatnich słowach, dziewczynka zamarła w bezruchu. Stała patrząc się na brata z niedowierzaniem. Nagle wymamrotała:
- Muszę tam pojechać ! - oznajmiła Gideonowi.
- Ale jak ?! Jak chcesz się tam dostać ? Wiesz w ogóle gdzie to jest ?
Nie odpowiedziała. Wyszła z dormitorium i zaczęła biec, nie patrząc gdzie zmierza. Biegła przed siebie omijając wszystkich uczniów. Każdy patrzył się na nią, ale nie zapytał co się stało. W końcu wpadła na profesor McGonagall.
-Dokąd to, panno Prewett ?
-Em.. Nigdzie.
-Nigdzie powiadasz... To czemu biegłaś ?
-Pani profesor... Dowiedziałam się, że Artur jest Szpitalu Świętego Munga i muszę tam pojechać !
-Młoda damo nie możesz opuścić teraz szkoły. Gdybyś była rodziną pana Weasley'a to może jakieś szanse by się znalazły... Ale w tym przypadku nie może pani.
Przez chwilę milczała, próbując nie patrzeć nauczycielce Transmutacji w oczy. W końcu podziękowała jej i odeszła.
     Wbiegła do łazienki dziewcząt. Stała przy lustrze nie wiedząc co robić. Po paru minutach usłyszała kroki. Odwróciła głowę i zobaczyła chudą dziewczynę, z długimi kruczoczarnymi włosami, która trzymała się za zakrwawioną rękę.
- Co ci się stało..
- Mam na imię Sandra..
- Co ci się stało, Sandra?
- Nic. To nic wielkiego...
- Krew ci leci ! Musisz iść do pielęgniarki !
- Nie. Poradzę sobie - odpowiedziała uparta dziewczyna.
- To pozwól, że przyniosę bandaże !
- Jak chcesz...
- To czekaj tu ! Nie odchodź !
- Dobrze, dobrze - westchnęła Sandra.
Molly szybko pobiegła do pani pielęgniarki i poprosiła ją o bandaże. Oczywiście pielęgniarka pytała po co jej, więc ona odpowiedziała, że chce poćwiczyć na lekcje transmutacji. Dostała bandaże i wróciła do dziewczyny. Siedziała teraz oparta o ścianę, nadal trzymając ranę.
- Mam bandaże ! - powiedziała podchodząc do niej.
- Dziękuję, że mi pomagasz, ale wiedz, że nie musisz...
Ignorując Sandrę zaczęła opatrywać ranę. Molly całkiem zapomniała o Arturze i o Szpitalu Świętego Munga. Okazało się, że zraniona dziewczyna straciła dużo krwi. Robiła się coraz słabsza, a rudowłosa nie wiedziała co dalej robić.
- Z jakiego domu jesteś ? - zapytała zorientowana.
- Z... - wyszeptała - Z Hufflepu... Hufflepuffu... - dokończyła i zemdlała. Molly zupełnie straciła nadzieję, ale od razu pobiegła po opiekuna Hufflepuffu i po Gideona.
- Gi... Gideonie - wysapała. - Musisz mi pomóc ! Znalazłam dziewczynę w łazience ! Ona jest ranna i zemdlała ! Nie wiem co mam robić !
- Spokojnie Molly, spokojnie. Zaprowadź mnie do niej...
Za drzwiami czekała pani Sprout i razem poszli do Sandry. Dziewczyna leżała w tym samym miejscu.
- Panno Prewett, dlaczego pani nie poszła po pielęgniarkę ?
- Em... Sandra powiedziała, żebym nie szła...
- No cóż... Dobrze, że przynajmniej rana została zabandażowana.
- Pani Profesor czy ona z tego wyjdzie ? - zapytała rozżalona dziewczynka.
- Och.. Tak. Raczej tak.
- A co tak właściwie to jak ją tu spotkałaś i co ją tak zraniło ? - wtrącił brat.
Molly wszystko im opowiedziała jak się tu znalazła, jak zauważyła Puchonkę, jednak nie wiedziała co ją zraniło. Kiedy Gideon razem z panią Sprout podnieśli ją i kierowali się do Skrzydła Szpitalnego, przypomniało się jej o Arturze. Zapytała się nauczycielki, czy jest jakaś szansa na to, żeby mogła się tam dostać. Jednak nie było pozytywnej odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Profesor odpowiedziała, że nie, gdyż nie jest rodziną poszkodowanego. Molly jeszcze bardziej się załamała.
     Wróciła z Gideonem do dormitorium i spytała go czy da radę udać się tam za pomocą sieci Fiuu. Brat nie był tym zachwycony, ale pomógł jej. Najpierw poprosili Sarę, żeby zagadała profesor McGonagall, a oni weszli do jej kominka. ,, Do Świętego Munga !'' krzyknęli razem i ledwo zobaczyli gabinet opiekunki ich domu. Teraz tylko zielone światło mieli teraz przed oczami. W końcu, po paru minutach wirowania w ,,przestrzeni'', znaleźli się na pierwszym piętrze szpitala, w którym leżał Artur. Dziewczynka wbiegła z taką prędkością na schody, że Gideon nie mógł jej dogonić. Zaglądała po cichu do każdej sali, aż w końcu go zobaczyła. Leżał sam w pokoju. Otworzyła pośpiesznie drzwi i od razu go przytuliła i chciała pocałować w policzek, jednak nie udało jej się to przez ogromne krosty na twarzy. Wzięła krzesło i usiadła, trzymając swojego śpiącego lubego za rękę. Czując jej dotyk uniósł powieki i spojrzał na nią z uśmiechem.
-Cz- cześć Molly - wyjąkał.
- Och, Arturze tak się martwiłam ! Kto Ci to dał ?
- To nic wielkiego Molly, nic wielkiego.
- Gdyby nie było to wielkie, to byś tu nie leżał !
- A co się działo w szkole dzisiaj ? - zmienił szybko temat.
Opowiedziała mu o Sandrze, a potem Gideon pokazał na zegarek, co miało oznaczać, że muszą już wracać. Molly puściła rękę Artura i wyszła za bratem.
Równie szybko wyszli, jak i weszli. Ponownie znaleźli się w gabinecie profesor Minervy. Szybko wybiegli z pokoju, kiedy usłyszeli kroki, które stawały się coraz głośniejsze. Udali się w stronę Wielkiej Sali i zobaczyli Sarę. Spytała się czy wszystko poszło zgodnie z planem. Koleżanka z sypialni Molly słuchała uważnie, kiedy podszedł do nich Pringle, który był woźnym w Hogwarcie.
- Co wy tu robicie ? Nie powinniście być boisku ?
- Ale... Ach no tak ! Dzisiaj mecz quidditcha ! Gryfoni przeciwko Puchonom !
Molly jako obrońca musiała pojawić się na meczu. Z prędkością światła pobiegła razem z bratem do szatni Gryfonów i ku jej zdziwieniu zastała tam całą drużynę. Okazało się, że mecz przesunięto o pół godziny, ponieważ nie było pełnego składu ani Gryfonów ani Puchonów. Dziewczyna skojarzyła, że Sandra była w drużynie Hufflepuffu. Wyjaśniła drużynie dlaczego jej nie było.
      Po wygranym meczu uczniowie Gryffindoru udali się do pokoju wspólnego, aby świętować zwycięstwo. Było to już w godzinach wieczornych, więc Molly poszła się położyć, po strasznie długim dniu pełnym wrażeń...

niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział jedenasty

  Był 24 grudnia. Większość uczniów wyjechała do swoich rodzin na święta. W pokoju Gryfonów również było mało osób. Z sypialni Molly została tylko Sara. Za oknem prószył gęsto śnieg i można było zobaczyć szron. Wszystko pokrywał biały puch.  Rudowłosa dziewczyna zeszła schodami do dormitorium i zobaczyła tam niewielką grupkę znajomych, Sarę, Gideona i Artura, którzy właśnie wychodzili z innymi, nie zauważając jej. Molly musiała pójść sama na śniadanie, co nie zdarzyło się jej nigdy w Hogwarcie. Powoli drepcząc po pustym korytarzu, wpatrywała się w okna, widząc sowy szybujące w powietrzu. Przyspieszając kroku doszła do Wielkiej Sali i udała się w stronę stołu Gryffindoru.
- Cześć Molly ! - powiedziała Sara machając jej i równocześnie pokazując miejsce dla niej.
- Cześć ! - odpowiedziała.
- Rozpakowałaś prezenty ?
- Jakie prezenty ? Co ? Prezenty ? - zdziwiona pytała przyjaciółkę.
- Halo tu ziemia ! Dziś Wigilia !
- Ach.. No tak ! - krzyknęła wybiegając z sali.
       Wchodząc do pokoju zajrzała pod ogromną choinkę, nie patrząc w ogóle dookoła siebie.
- Proszę, proszę. Ktoś zapomniał rozpakować prezentów...
- Nie zauważyłam cie.. - odpowiedziała bezinteresownie dziewczynie swojego brata, która ostatnio dużo przeskrobała u Molly.
Zostawiając Lucy, wzięła się za prezenty. Pod pięknie udekorowanym drzewkiem leżało mnóstwo upominków. W pudełkach, owinięte w papier, w torebkach z choinkami, bałwanami lub reniferami. Wszystkie podarunki były wielkie. Nie wiedziała, od którego zacząć, gdy nagle ujrzała niewielkie pudełko, które drżało. Złapała za nie i otworzyła wieko. W środku była najprawdziwsza, czerwona pufka. Molly była szczęśliwa. Zawsze marzyła o takim zwierzątku. Nie wiedziała tylko tego, kto dał jej ten prezent. W końcu zobaczyła w pudełku kartkę, na której napisane było ,,Od wielbiciela''. Dziewczyna od razu domyśliła się o kogo chodzi. Wsadziła pufkę na ramie i wzięła się za inne paczki. Były tam słodycze, kartki świąteczne, galeony, książki, ale i tak ją najbardziej cieszyło czerwone stworzonko. Po rozpakowaniu wszystkich upominków, zwróciła się do Lucy:
- Mam do ciebie prośbę...
- Słucham ? - arogancko zapytała.
- Nie zbliżaj się do mojego brata !
- Pff. Bo coś mi zrobisz. Ha ha ha. Śmieszne.
- Dla mnie to nie jest śmieszne. Może ty nie wiesz jak to jest, gdy ktoś z twojej rodziny cierpi, przez osobę, która kiedyś zdawała się być twoją przyjaciółką ! W moim przypadku to Gideon cierpi przez CIEBIE ! - podkreślając ostatnie słowo wyszła z dormitorium, wiedząc, że te słowa mogły zaboleć, ale może w końcu coś zrozumie.
   W połowie drogi na salę wpadł na nią Artur, przez co oboje się wywalili.
- Przepraszam Molly -rzekł wstając z posadzki.
- Nic się nie stało - powiedziała, uśmiechając się .
- To dobrze. Pomogę ci wstać - podał jej rękę.
- Dzięki.
- Widzę, że masz nowe zwierzątko..
- Dziękuję - powiedziała, rzucając mu się na szyję i całując w policzek.
- Ho ho ho. Tylko jak dam ci prezent będziesz mnie całować w policzek ? - parsknął śmiechem zarumieniony chłopak.
- Oczywiście, że nie - przytuliła się do niego jeszcze mocniej.
- Przejdziemy się ?
- Jasne ! Tylko nie na trzecie piętro.
- Spokojnie, spokojnie. Tam nie pójdziemy - zapewniał ją, po czym złapał za rękę i prowadził.
   Błąkali się po pustych korytarzach. Na nikogo się nie napotkali, nikt ich o nic nie wypytywał. Tylko oni sami. We dwoje. Rozmawiali o wszystkim, a zarazem o niczym...